Frances Ha

„Frances Ha” reż. Noah Baumbach, USA 2012

List do przyjaźni – tak mógłby nazywać się ten film. Albo „oda do hipsterów” – w sumie też by pasowało 😉
Frances jest uroczą mieszkanką Nowego Jorku. Mimo, że ma 27 lat zachowuje się wciąż jak nastolatka: odwala różne śmieszne numery, bije się na niby, bawi w berka i wciąż śmieje. A wszystko wspólnie ze swoją ukochaną przyjaciółką (gra ją Mickey Summer – córka Stinga), z którą również dzieli niewielkie mieszkanie. Znajomi mówią o nich, że żyją jak para lesbijek, które już nie uprawiają seksu. Są ze sobą bardzo zżyte i praktycznie nierozłączne. Frances w swym radosnym oderwaniu od przyziemnych spraw dostaje któregoś dnia policzek od rzeczywistości – nie da się żyć w wiecznej beztrosce. Ludzie wokół się zmieniają, lata lecą, czynsz się sam nie zapłaci. A ona wciąż jest stopą bardziej po stronie niewinnego dzieciństwa niż odpowiedzialnej dorosłości.

Filmy jak „Frances Ha” kończą z mitem Ameryki jako raju i Amerykanów jako ludzi, którzy mają wszystko. Mówią też prawdę o momencie wkraczania w 30 rok życia, tak jak wcześniej seriale „Jak to się robi w Ameryce” czy ostatnio „Dziewczyny” (znany z „Girls” Adam Driver pojawia się także we „Frances”). Młodość to brak kasy, młodość to niestabilność, młodość to walka marzeń z realiami. Kryzys najbardziej uderza w młodych ludzi, to oni nie mogą wejść na rynek pracy, to oni są najbardziej sfrustrowani, a jednocześnie to są ich najlepsze lata. Chcą się bawić, chcą korzystać z dobrodziejstw, które dają wielkie miasta – tak jak Nowy Jork. Rozżalenie wynika z faktu, że ich po prostu na to nie stać. Nowy Jork przestaje być miastem bohemy jak w filmach Allena z lat 70, znowu staje się miastem ludzi walczących o przetrwanie.
Przyjaźń także okazuje się być wątłą ostoją i jak to w życiu bywa czas weryfikuje komu na niej zależy bardziej. Zazdrość jest elementem, który mówiąc o przyjaźni przeważnie się pomija, tu jest on bardzo mądrze pokazany. Zazdrość jako coś naturalnego, a jednocześnie niezręcznego dla obu stron. Zazdrość, która prowadzi do kłamstw wobec siebie i powstawania coraz większej przepaści. Przyjaciółki, które kiedyś mówiły sobie wszystko, przestają mieć ze sobą kontakt. Frances jest jednak tą stroną, której zazdrość zdaje się w ogóle nie czepiać. Jej postać może wręcz budzić irytację właśnie tą jej naiwnością i szczerością. Wydaje się być nieprzystosowana do twardych reguł życia. Chce tańczyć, ale koniec końców zostaje sekretarką bo musi mieć na czynsz. Można na to patrzeć jak na poddanie tych marzeń, a ja raczej w tej jej decyzji widzę akt dojrzałości. I ona sama wydaje się być szczęśliwa gdy nie musi się już tak szamotać, gdy ma posadę i stały adres zamieszkania.

Greta Gerwig zagrała Frances doskonale. Pamiętam ją ze świetnego „Greenberga” tego samego reżysera (pisałam TU) oraz ciekawej „Lola versus”. Prawdą jest, że aktorka często tworzy podobną postać: zagubioną, uroczą i trochę dziwną dziewczynę na granicy trzydziestki. Za każdym razem daję im jednak niesamowitą wręcz wiarygodność. Do mnie jej bezpretensjonalność bardzo przemawia.

Nigdy nie miałam głowy do cytatów, w głowie bardziej zostają mi sceny i wcale nie te najważniejsze. Czasem aż się dziwię, że pamiętam jakąś zwykłą z pozoru scenę, która jednak dla mnie musiała mieć większe znaczenie. Z tego filmu najbardziej zapamiętam, i myślę, że nie tylko ja, tę ostatnią – za jej spryt i prosty urok. Rozwikłuje ona również zagadkę tytułu filmu. 
„Frances Ha” jest przykładem modnej w niezależnym kinie amerykańskim twórczej współpracy grupy znajomych. Takie robienie filmów (trochę na zasadzie do-it-yourself) oznacza przeważnie mały budżet i postawienie na naturalność. Stąd świetne dialogi, w których nie szeleści papier i specyficzna gra aktorska. We „Frances Ha” dostajemy dodatkowo ciekawą formę – film jest przecież czarno-biały. Co ten zabieg daje? Ja przede wszystkim zwróciłam uwagę, że reżyserowi dzięki temu udało się uniknąć klisz w pokazywaniu Nowego Jorku. Wiecie, że zawsze zwracam uwagę na miasta w filmach. Tutaj ta najbardziej zgrana metropolia ani razu nie pokazana jest w sposób banalny (to dzieje się z Paryżem, w którym Frances spędza aż całe 2 dni). W jednej z pierwszych scen kamera śledzi Frances przemieszczającą się po ulicach NYC – jest to tak ładnie nakręcone, prosto, z klasą i mimo braku kolorów – z energią. Pomyślałam wtedy: tak, Nowy Jork nie potrzebuje już Woodego Allena – nowe pokolenie wie jak filmować to miasto i jakie historie w nim umieszczać.

Ciekawostka: rodziców Frances, do których wybiera się do Sacramento, grają prawdziwi rodzice aktorki 🙂

„Frances Ha” na Festiwalu Filmowym w Edynburgu: TU

  1. Kulturalnie Po Godzinach

    Frances Ha udowadnia, że nie trzeba wielkiej kasy i znanych nazwisk, by zrobić film, który chwyci za serce. Gerwig uwielbiam, a polecam zabawną komedię z jej udziałem Damsels in Distress 😉

  2. Anonimowy

    Film bardzo dobry, w stylu Allena z okresu Manhattan'u, ale taki jaki nie jest już w stanie zrobić. Film o zagubieniu, szukania swojego miesca w zglobalizowanym, ponowoczesnym świecie. Jedna wada, to nie sam film, lecz idiotyczna polska reklama i plakaty, które robią niche marketing reklamując film jako kobiecy, kiedy tutaj chodzi o nas wszystkich. Jestem facetem, polecam.

  3. Anonimowy

    A propos recenzji, chyba nie chodzi o ten sam film, który ja oglądałem, dlatego, że Frances właśnie dosadnie odmówiła pracy jako sekretarka i postawiła jednak na taniec. Czyli nie "dorosła" i nie zrezygnowała ze swoich marzeń. Oczywiście Polacy często widzą w filmie nie to co jest na ekranie, ale to co jest w ich głowach, czyli przyziemna troska o byt i brak polotu oraz kwaśne wschodioeuropejskie nastroje.

  4. Natalia

    chyba rzeczywiście nie ten sam film oglądaliśmy…;)

  5. Anonimowy

    Jasne, FH staje się na końcu choreografem, czyli zostaje przy tańcu, tylko z pełnym sukcesem tym razem. Projekcja (mechanizm projekcji) nie tylko w sali kina działa, lecz u nie których krytyków. Jest to prawie instynkt u Polaków, żeby tropić upadek u innych. Bo sukces cudzy za bardzo boli, nawet w fikcji.

  6. Natalia

    Oczywiście, z tym się zgadzam – została choreografem. Ale przestała być tancerką. I abolutnie nie uważamy tego za upadek. Wręcz przeciwnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *