Złodziejaszki

Złodziejaszki recenzja

„Shoplifters” reż. Hirokazu Koreeda, Japonia 2018

Jednym z tematów, który od zawsze przyciągał mnie do kina, jest rodzina. To w zasadzie studnia bez dna jeśli chodzi o czerpanie rozważań o kondycji międzyludzkich relacji. 

Japoński reżyser Hirokazu Kore-eda jest w tym mistrzem. Grzebie się w temacie rodziny od kilkunastu lat i filmów. Ale zamiast zacząć nas nim zanudzać, wciąż zaskakuje trafnością spostrzeżeń, celnością społecznych diagnoz oraz umiejętnością rozpracowania międzyludzkich procesów.

Rodzinę, którą poznajemy w „Złodziejaszkach”, stanowi trupa prawdziwych oryginałów. Żyją poza prawem, na marginesie społeczeństwa. Nieuchwytni dla socjalnych służb, wyjęci spod jakiejkolwiek opieki czy kurateli. Dopiero z czasem odkrywać będziemy ich więzy i niewięzy krwi, wspólną przeszłość i wspólną przyszłość, znajomości z wyboru i znajomości z przypadku. Powoli rozszyfrujemy tę plątaninę relacji.  

Tytułowe złodziejaszki działają trochę jak gang Olsena. Na każdy ich dzień składa się  kombinowanie jak zdobyć bądź ukraść pieniądze, coś do jedzenia, kosmetyki. Część domowników pracuje, ale są to raczej marnie płatne posady, młodsze pokolenie używa swojego dziecięcego uroku by wynieść ze sklepu brakujące w domu produkty. Wszystkie ich tajemnice skrywa niepozorna chatka ukryta w centrum nowoczesnego Tokyo, gdzie nasi bohaterowie zepchnięci do rogu społeczeństwa (z różnych powodów) mieszkają razem w zasadzie na granicy ubóstwa.

Brzmi jak patologia i oczywiście w dużym stopniu nią jest. W końcu najmłodsza członkini tego oryginalnego plemienia trafia do niego w dość kontrowersyjnych okolicznościach. Ale my mamy to szczęście, że zaglądamy dalej i oprócz tego co powierzchowne, widzimy, że tę posklejaną komórkę społeczną łączy coś więcej niż kryminalne działania: uczucia, relacje, dbanie o siebie, wzajemne zrozumienie, bycie dla siebie wsparciem. Wszystko to czego często brakuje w modelowych rodzinach. Emocje nie są tu wyzwalane przez dialogi, ale raczej obrazy i interakcje między bohaterami, te małe momenty, które dzieją się między nimi dzieją. 

A Koreeda patrzy na swoich bohaterów przez wyjątkowo czułe okulary. I nie chodzi wyłącznie o to, że ma dla nich ogromną wyrozumiałość, ale także o to, że on ich widzi. Widzi ich głębiej, bardziej. Nie tylko na poziomie scenariusza, dając każdemu z nich ważne sceny, ale także na poziomie całego filmowego procesu. W jego filmie nie ani odrobiny oceniania postaw bohaterów. Ich działania są na granicy prawa, a często wręcz są tego prawa łamaniem. Koreeda ich nie broni, nie tłumaczy, ale też nie wystawia na ostrzał. On puszcza na nich światło. Ludziom z marginesu daje głos. 

To reżyser wyczulony na prawdę. Jego film w dużej mierze powstaje już na planie. Ze złapanych przypadkiem scen, z niespodziewanych wydarzeń, z rzeczywistości, która przebija to co napisano na kartach scenariusza. Koreeda ma niesamowitą rękę do aktorów. Każdy z bohaterów ma doskonale rozpisaną historię i drogę, którą przechodzi. Przywiązuje się do aktorów i do wielu z nich często wraca. Dla Kirin Kiki – wybitnej japońskiej aktorki, była to ostatnia rola. Pisana kiedy reżyser był już świadomy z jaką poważną chorobą się ona zmaga. Obecność Kiki jest porażająco odczuwalna przez ekran. Królowa japońskiego kina, na planie wiedziała, że jej dni są bardzo policzone. Podczas pamiętnej sceny na plaży dziękuje za to co ma. Tej kwestii nie było w scenariuszu, reżyser przypadkiem odkrył co zarejestrowała kamera dopiero podczas montażu. To zdanie weszło do filmu i jest wymowne na tak wielu wymiarach. 

Film totalnie kradnie widza. Dzięki bohaterom i dzięki ciepłu, które się z niego wylewa. Koreeda nie do końca idzie ani w mocne kino społeczne, ani w fantazję. Jest łagodny, ale i całkiem mroczny pod powierzchnią. Tu też nic nie jest oczywiste. Docieramy do sedna powoli przedzierając się przez kolejne warstwy historii. Dopiero finał filmu jest mocnym zderzeniem z rzeczywistością. Koreeda zestawia stworzoną przez siebie rodzinę ze społeczeństwem i sprawdza jak oni ze sobą funkcjonują. Kwestionuje motywy bohaterów. I co dostrzega? Pęknięcia, odrzucenie, wykluczenie. Pod tym wszystkim jest to film o kryzysie. Rodziny, wartości, społeczności, ale i po prostu – ekonomicznym. W zachodnim świecie, w mieście takim jak Tokyo, nie ma miejsce dla ludzi, których portretuje Koreeda. A on oddaje im hołd. I przypomina, że odruch serca nie pyta portfela o to jak się zachować. 

Koreda nie popisując się swoim kunsztem, doskonale wie, gdzie postawić i na co skierować kamerę. Ma ogromny zmysł obserwacji i uchwytywania tych najważniejszych momentów, nawet jeśli dzieją się one poza kadrem i poza scenariuszem. Jest tego mistrzem. Bez cienia taniego sentymentalizmu, chwyta nas za serce. Prawdziwe kino dla duszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *